Biuletyn OIL-W

38. "Setka z HAKiem" 20.05.2016_lek. wet. Mariola Powroźna

Przedstawiam poniżej opis kultowego ultramaratonu Setka z HAKiem, w którym uczestniczyła Kol. Mariola Powroźna, Mistrzyni Polski Lekarzy Weterynarii w Górskim Maratonie Pieszym organizowanym w ubiegłym roku na trasie Prudnik – Pradziad. Oczywiście ten ultramaraton wygrała. Pierwszą kobietą w kosmosie była Walentina Tierieszkowa, pierwszą kobietą laureatką nagrody Nobla była Maria Skłodowska-Curie, ale nasza Kol. Mariola Powroźna była pierwszą kobietą na Setce z HAKiem, dodajmy, że Kopernik "też była kobietą". Reportaż potwierdza, że wiara czyni cuda, warto przeczytać, bo cuda zdarzają się częściej niż myślimy, jest jednocześnie zachętą do uczestnictwa w naszych Międzynarodowych Mistrzostwach Polski, które odbędą się  6 sierpnia 2016r. na "nieco" krótszej trasie 60 km.

Marek Wisła

W maju koguty zaczynają piać o 4.40,

 

czyli moja relacja z Ogólnopolskiego Ekstremalnego Rajdu Pieszego ,,Setka z HAKiem”

 

13 maja 2016 roku wzięłam udział w prawdziwym wyzwaniu. Porwałam się razem z moimi ,,biegowymi” znajomymi z Katowic i okolic, (wspaniała ekipa, i jeśli porywać się na takie przygody to tylko z MK Team, czyli Klaudią i Markiem, Beti, Marcinem, Kasią, Adamem i Wiolą!),

MK Team

na XXII edycję Ekstremalnego Rajdu na orientację ,, Setka z Hakiem”. Parę rzeczy stanowi o wyjątkowości tych zawodów. Po pierwsze, trasa nie jest w żaden sposób oznakowana. Na starcie, podczas rejestracji uczestnicy otrzymują mapę (w tym roku na 5 kartkach A4) wraz z opisem trasy. Należy zgodnie z tym opisem docierać do punktów kontrolnych (10 PK) i na nich podbić kartę z numerem zawodnika. Po drugie należy zmieścić się w 24h, a po trzecie to 100 km z hakiem!!!

 

Trasa "Setki z hakiem"

Każdy, kto się na nie zapisuje wie, że to nie kaszka z mleczkiem. To bardzo wymagające zawody. Zaczynasz… ale nigdy nie możesz być pewny, że je ukończysz. Każdego roku trasa jest inna i do momentu rejestracji zawodnika owiana jest tajemnicą. Bardzo duży wpływ ma na startujących ma też pogoda… która niewiadomą jest samą w sobie. Prognozy tejże niewiadomej śledziłam od dwóch tygodni… i byłam załamana! Miało lać. W drodze do Opola lunęło i deszcz towarzyszył naszej grupie, aż do miejsca startu. Co tu rzec… morale delikatnie siadło. W bazie trochę zapomniałam o starcie. Było ciepło, sucho, dużo czekolady, sympatycznie. Zrobiłam się senna. Obudziła mnie odprawa i powoli, lecz nieubłagalnie zbliżająca się godzina startu. Zawodnicy rejestrujący się jako ,,amatorzy” (w sensie piechurzy) wypuszczani byli na trasę co parę minut od godziny 18.00. Maratończyków (czyli tych, którzy od początku legitymowali się zapędami biegowymi) zostawiano na sam koniec i puszczono nas jako jedna grupa. Trochę to moim zdaniem bez sensu, bo amatorzy na trasie też biegli (i to sporo), a maratończycy też maszerowali, ale nie mnie oceniać rajd z wieloletnimi tradycjami… Trochę było mi żal, kiedy ,,moi ludzie ‘’ ruszyli na trasę razem, a ja na swój start czekałam jeszcze około 45min, ale obiecałam im, że będę ich gonić.

Na trasie

Godzina 19.27, ruszam w grupie maratończyków. Próbuję wcześniej jakoś zagadać do nich, zapytać jaki mają plan, na ile biegną… ale tak jakoś wszyscy są skupieni na swoim starcie. Dobra, zobaczymy jak będzie. Ruszamy, biegniemy grupą, ale chłopaki biegną tempem 5.30-5.45. Na 100 km to, przynajmniej jak dla mnie, za mocno. Zwalniam i biegnę swoje leniwe 6.20-6.30. Pogoda jak na razie zlitowała się. Nie pada, a nawet wyszło słońce. Zaczynam mijać pierwszych piechurów… którzy zrobili sobie przystanek na stacji benzynowej na... hot dogi, mijam ich, pozdrawiamy się nawzajem i aż żołądek mi się kurczy nagle z głodu. Dobre parę minut rozważam te hot dogi, żeby po nie wrócić… ehhh. To było pierwsze ,,kuszenie”. Na pocieszenie zjadam sobie sezamki i lecę dalej. Według Garmina zbliżam się do pierwszego punktu kontrolnego i tuż przed PK 1 spotykam ,,swoich”. Maszerują dzielnie, humory dopisują, pozdrawiam ich i biegnę do punktu, gdzie podbijają mi kartę zawodnika z moim numerem startowym, który nie wiem dlaczego powodował powszechną wesołość… 69. Biegnę dalej. Powoli zaczyna się ściemniać. Przed wejściem w odcinek leśny wyjmuję czołówkę, która towarzyszyć mi będzie już do 4 rano. Bez niej nie poradziłabym sobie. Na razie nawigacja – przypominam, że biegnę trzymając w garści mapę i opis (systematycznie, wraz z postępem trasy, przekładałam sobie mapkę i opis, żeby nie tracić czasu na wyjmowanie tych pięciu kart A4 – jak stary wyjadacz) idzie bez większych problemów. Przydały się ,,Katowice Wieczorową Porą” (cykl biegów na orientację, organizowanych przez Marcina Franke, w miesiącach zimowych, zawsze po zmroku na terenie Katowic). Co jakiś czas napotykam grupkę lub samodzielnych zawodników. To są fajne momenty, bo wiem, że się nie pomyliłam. Zawodnicy na trasie są dla siebie bardzo sympatyczni. Wszyscy się pozdrawiają, ze cztery razy byłam częstowana kabanosami, czekoladą, kawą – a to wszystko przecież ludzie targają na swoich plecach, dla siebie… to było bardzo miłe.

Pierwszy dłuższy odcinek marszu, to wał nad jeziorem, które z powodu silnego wiatru szumi jak morze. Aż żal, że ten fragment był pokonywany już w całkowitych ciemnościach – przydał by się tu taki malowniczy zachód słońca… marzyłam sobie idąc wzdłuż wału. Droga była bardzo nierówna, nie ryzykowałam biegu. Tereny moczarowe przy jeziorze dostarczyły dodatkowych atrakcji w postaci prawdziwej ptasiej awantury. Ptaki obudzone i zaniepokojone przez światła czołówek bardzo głośno dawały nam do zrozumienia, że sobie nie życzą takiego nachodzenia ich w nocy. Wrzask był momentami ogłuszający… tylko czekałam, aż rozpocznie się zmasowany atak rodem z Hitchcocka, ale na ,,reprymendzie ‘’ się skończyło. Po zejściu z wałów truchcikiem wyprzedziłam sporą grupkę. Poruszałam się odcinkami – marsz, bieg. Docieram do punktu 2. Na punktach staram się spędzać jak najmniej czasu. Przybicie karty, woda w bukłak i w trasę. Po punkcie pierwszy ,,znak” nawigacyjny. Zgodnie z opisem powinnam mieć płot po lewej stronie… a płotu nie ma. Nie ryzykuję. Wracam do punktu i …okazuje się, że dziewczyny obsługujące Dwójkę ,,stanęły trochę wcześniej” i że na rozstaju dróg powinnam skręcić w prawo, choć w opisie jest, że w lewo…cóż. Skręcam w prawo i napotykam płot, OK jest dobrze. Ten odcinek (co chwila lewo, prawo) maszeruję, bardzo uważnie czytając mapę i opis. W końcu wskakuję na dłuższy prosty odcinek leśny. Droga, aż się sama prosi o bieg. To były najprzyjemniejsze kilometry rajdu. Uwielbiam noc, las, taką cudowną samotność i ciszę. Choć były momenty …hmmm… niepewności, kiedy miałam za sobą światła czołówek i one nagle znikały. Pojawia się wtedy pytanie – to ja pomyliłam trasę, czy ,,oni”. Na szczęście noc bez błędów nawigacyjnych.

 

Na trasie (ze strony www.festiwalbiegowy.pl)

 

Co jakiś czas w świetle czołówek pojawiały się ,,odblaskowe,, oczy leśnych zwierząt, światła świetlików, które momentami brałam za czołówki zawodników z przodu… ach, to zdecydowanie mój świat. Nie czułam zmęczenia. Pogoda też okazała się łaskawa. Nie było specjalnie zimno. Mgła, która początkowo towarzyszyła zmierzchowi, rozwiała się. Padało tylko przez chwilę przy opuszczeniu Punktu Kontrolnego 2. Teraz, kiedy to piszę, zatęskniłam do tego momentu trasy… Ach ta ,,Setka z Hakiem”… na co dzień nie jestem taka romantyczna ;-). Dobra, dosyć tego, lecimy dalej. Przed punktem 3. od grupki mijanych zawodników odrywa się jeden rajdowiec i dotrzymuje mi biegowo – marszowego kroku przez dobre parę kilometrów. Pomagamy sobie nawzajem w nawigacji i rozmowami zabijamy czas. Potem jednak, przed punktem 4 biegnę dalej sama. Żadnych problemów z mapą, cisza, samotność…suuuuuuper. Między punktem 5 a 6 postanawiam dać sobie trochę luzu. Przyłączam się do dwóch mocno maszerujących chłopaków, okazuje się, że z jednym z nich się znam z tegorocznego maratonu w Dębnie. Jak się spotyka dwóch maratończyków, no to koniec. Przegadaliśmy praktycznie całą drogę do żywieniówki. W międzyczasie zaczęło świtać. Poranek był szary, wietrzny i bardzo pochmurny. Deszcz dosłownie wisiał w powietrzu.

W mijających wioskach dokładnie o 4.40 zaczęły piać koguty. Przede mną długa prosta … i dość strome podejście do miejscowości Wysoka (no zgadnijcie dlaczego taka nazwa miejscowości). Po długich, w miarę płaskich odcinkach, nagle dłuuuugie pod górę na 60 km daje popalić. W opolskim jest jedna góra – słynna Góra Św. Anny, a została maksymalnie wykorzystana w tegorocznej Setce z HAKiem. Docieramy do żywieniówki. To miejsce to największa pułapka rajdu. Wchodzisz na Punkt Kontrolny nr 6, który jest równocześnie metą. Są tam wszystkie twoje rzeczy, a do tego nagle zostajesz strasznie ,,zaopiekowany” - ,, A może jeszcze jeden talerz pomidorówki, a może kawa, tak, tak jest mleczko do kawy, z cukrem?, a może herbata?, można się tu przespać z godzinkę….Poczułam się jak Odyseusz i zachowałam zimną krew. W tempie ekspresowym pochłonęłam pomidorówkę, zajadając ją ciastkami (jak szybkość, to szybkość – obiad i deser na raz) i popijając to kawą z mlekiem… jakie to było cholernie dobre!!! Z prawdziwym żalem zostawiłam na przepaku niepotrzebną czołówkę, odchudziłam maksymalnie plecak … i uciekłam czym prędzej z tej Wyspy Syren. Tak mi się chciało śmiać z tej ewakuacji, że nie zważałam za bardzo na to, że początkowo trasa pięła się stromo w górę. Na szczęście potem było bardzo długo w dół. Bardzo przyjemny zbieg, który był jak nagroda dla tych, którzy się nie dali żywieniówce. Potem biegłam i maszerowałam, podziwiałam widoki, robiłam zdjęcia… wzdychałam, ach jak tu pięknie… i pomyliłam trasę!!! Na swoją obronę mam to, że opis był naprawdę mylący. Miałam lekkie wątpliwości, czy to na pewno tu, ale wydeptane ślady rajdowców (zapędy traperskie) upewniały mnie, że dobrze idę… niestety, tak jak większość uczestników rajdu w tym miejscu pomyliłam trasę. Doszłam do ściany lasu…i koniec. Dobiegł do mnie kolejny uczestnik rajdu, który z kolei sugerował się mną. Znaleźliśmy się z ręką w nocniku. Następny błąd, to próba wrócenia na trasę na przełaj… ,,bo tam powinien być asfalt”. Przedzieramy się przez chaszcze, doszczętnie mocząc buty. Kolega z trasy jakoś się trzyma, ale ja przeklinam, jak najgorszy menel spod sklepu…Tam gdzie powinien być asfalt napotykamy… bezkresne pola rzepaku… Poszły w ruch najstraszniejsze przekleństwa jakie zna świat. Chwila konsternacji, określenie kierunków, nieplanowane zwiedzenie jakiegoś rezerwatu, którego nazwy nie zapamiętałam, bo byłam zajęta wymyślaniem nowych przekleństw… i powrót na trasę. Nadrobiliśmy ok. 5km, ale straciliśmy prawie GODZINĘ! Jak to bardzo boli. Docieramy do punktu. Siedziała na nim grupa zdemotywowanych ludzi baaaaaardzo powoli jedzących orzeszki ziemne. Okazało się, że stracili ponad 3h! Najlepszy czas przejścia ok. 9 km wynosił podobno 2,5 godz. Miejsce to zostało już nazwane przez uczestników rajdu Trójkątem Bermudzkim. Najbardziej było żal chłopaka, który obsługiwał punkt, bo od wszystkich obrywał… minę miał nietęgą.To okropnie zabrzmi, ale od razu zrobiło mi się lepiej. Tak jakoś lżej się przemieszczałam… chichocząc pod nosem… wiem, jestem okropną osobą.

Na trasie

 

 

Dalej leciałam marszobiegiem z kolegą, który postawił wszystko na jedną kartę, zostawiając na przepaku wszystko oprócz butelki z wodą. Przez długi czas goniliśmy parę, która też przemieszczała się marszobiegiem. Trochę to ,,polowanie” mnie nakręcało. Udało się ich dogonić i przegonić, po czym oni nas dogonili i przegonili. Mimo wszystko to ganianie po chaszczach dało się solidnie we znaki. Dotarłam do 8. punktu już sama i sama rozpoczęłam pościg za czołówką po otwartych terenach, między 8. a 9. punktem kontrolnym. Wiało niemiłosiernie. Oczywiście w twarz. W pewnym momencie wyrwało mi mapę, za którą musiałam biec z 50 m do tyłu. Wyobraźcie sobie ile to znaczy dla kogoś, kto ma już 90 km w nogach. Tym razem wydobyłam chyba najstraszniejsze starosłowiańskie przekleństwa. Podziałało, bo już mapy drugi raz mi z ręki nie wyrwało. Docieram do punktu nr 9. Zostało ok. 11 km do mety, przed sobą zobaczyłam dwie osoby. Postanowiłam, choćby nie wiem co zbliżyć się do nich. Na polach dalej wieje straszliwie… a mi powoli włącza się autopilot. Truchcik, marsz, truchcik, marsz. Od czasu do czasu śpiewam sobie.. jak z górki to bieg. Raz nawet Garmin zarejestrował oszałamiającą prędkość 5.55… przez moment oczywiście. Jest całkiem przyjemnie. Siadłam uciekającej dwójce na plecy. Okazało się, że mają już spore doświadczenie, to był ich bodajże 12 rajd. W międzyczasie zegarek ,,piknął" 100 km. Powinnam praktycznie być na mecie. Ach, ten cholerny Trójkąt Bermudzki!!! Ostatnie kilometry. Jestem zmęczona, ale nie wykończona, zostawiam w tyle dwójkę i coraz bardziej biegiem niż marszem przemieszczam się do mety… Ostatnie pół kilometra pod górkę. O dziwo biegnę, nie czując jej tak bardzo. To ten sam odcinek, który przemierzałam 40 km wcześniej (zatoczyliśmy) kółko, a lepiej mi się go robi niż wtedy. Docieram do mety. Wbiegam do remizy strażackiej…a tam oklaski. I słyszę – brawo, jesteś pierwsza! ,,Jak to pierwsza? Pytam skołowana – Okazało się, że po tych 16h 49min zameldowałam się na mecie, jako pierwsza kobieta….

Triumfatorka na mecie

 

 

Może to co teraz napiszę będzie bulwersujące, ale udział w tym rajdzie to była dla mnie prawdziwa przyjemność. Nie przeżyłam żadnego załamania, nie musiałam walczyć z bólem, nie czułam, że pokonuję siebie… po prostu biegłam i szłam, w pięknych okolicznościach przyrody, byłam zmęczona… ale psychicznie odpoczywałam (no oprócz momentów z przeklinaniem). To była wspaniała przygoda, która nie jest ponad siły człowieka. Z całego serca polecam wszystkim udział w rajdzie. Jeszcze jedno. Na trasie poznałam wiele wspaniałych osób. W tym miejscu pozdrawiam moich chwilowych towarzyszy rajdu, którzy, z tego co wiem, także ukończyli Setkę. Dla większości był to któryś z rzędu rajd… zdarzało się, że próbowali trzy razy, nim ukończyli tą niesamowitą Setkę z HAKiem.

Ja na tych zawodach pojawię się jeszcze nie raz. W końcu każdemu należy się od czasu do czasu odpoczynek psychiczny….

lek. wet. Mariola Powroźna

Licznik

Odsłon artykułów:
318438
Joomla Templates - by Joomlage.com